sobota, 19 września 2009

Epicki weekend dookoła Polski :D

O koncercie Blind Guardian dowiedziałam się dość dawno... Kolega przyszedł i spytał czy wiem co to, bo mają grać w Płocku za darmo... Szczęka opadła :) W tym czasie (marzec) miałam pewne inne plany na ten weekend, więc wahałam się, bardzo się wahałam, ale byłam raczej na nie (mimo, że z bólem serca...) - no ale jak w kwietniu jakoś dowiedziałam się o Moonsorrow następnego dnia, uznałam, że to już działanie siły wyższej i nie ma co walczyć - trzeba jechać! Połączenie z Wrocławia do Płocka - koszmarne, z Płocka do Szczecina jeszcze gorsze - najpierw stwierdziłam, że pojadę na stopa, ale po perypetiach związanych z drogą z Vizovic stwierdziłam, ze wolę jednak nie ryzykować spóźnienia, w związku z czym w środkach komunikacji i na dworcach spędziłam większość czasu. Ale warto było!
Do obu tych zespołów mam wielki sentyment - obu słuchałam często i namiętnie jakieś 9 lat temu - i słucham do tej pory - może trochę mniej często, ale równie namiętnie (no, chociaż w sumie Moonsorrow nadal często XD).

Akt I - Płock
Dotarłam autobusem - jak się okazało, tylko parę osób nie jechało na koncert, atmosfera była więc bardzo przyjacielska. Płock okazał się być bardzo ładnym miastem - szeroko rozlewająca się Wisła, plaża, żaglówki, mosty (aż patrząc na nie miała ochotę zmienić jednak specjalność...) - Aż trochę szoda że nie mogłam zostać dłużej, ale cóż... Coś za coś.

Szkoda tylko, żę nie udało mi się spotkać ludzi z lastfm z którymi uparcie spamowałam od pół roku (może wszyscy poszli na huntera, bo jak już się rozbiłam i wyszłam szukać to akurat mieli zaczynać grać XD)


Blind Guardian grało w Polsce pierwszy raz - ja widziałam już ich raz w tym roku, na Masters of Rock, ale wiadomo, na tego typu festiwalach publika przyjeżdża na imprezę z nie konkretny koncert, artyści w związku z tym mniej się starają, nie ma czasu na bisy... Tutaj - mnóswto ludzi, którzy przyjechali tylko dla Nich, Jako główna gwiazda - do tego polska publiczność potrafi się postarać :) Przed nimi grali jeszcze Hunter i Acid Drinkers, ale Hunter jakoś specjalnie mnie nie kręci, więc koncertu posłuchałam z daleko sącząc guinessa przywiezionego z zamorskiej wyprawy przez pewnego zacnego młodziana, na Acid podeszłam bliżej, ale to już 3 raz w ciągu ostatniego roku ;]Blind Guardian rozpoczęło podobnie, jak na MoR - od War of Wrath, następnie jeden moich ulubionych utworów Time Stands Still (aż przed oczami stawał król Noldorów pędzący na spotkanie Nieprzyjaciela...), a potem wyprawa przez dyskogragfię, z postojami na najlepszych utworach. Była Valhalla, Było Mirror Mirror, Another Holly War, Punishment Divine, Born In A Mourning Hall, Traveller in Time, było Bard's song (Brawurowo wykonany prez publiczność!) no i przede wszystkim Bright Eyes, któego tak brakowało mi na MoR (tak, jak najpierw byłam ok 4-5 rzędu pod sceną i potem z lekka wypadłam do tyu i zrezygnowana już przestałam się przeciskać - jak usłyszałam początek tego utworu - dostałam takiej siły że wbiłam się pod barierki, gdzie zostałam już do końca :) Podziękowaniom nie było końca, widać, że sami artyści zadowoleni byli z koncertu. A następnego dnia moim pierwszym zakupem były tabletki na ból gardła :)

Więcej zdjęć

Akt II - Szczecin
W końcu udało mi się znaleźć w miarę logiczne połączenie - z tym, że 3h czekanie w Kutnie (kto układa te rozkłady? Pociąg na Szczecin odjeżdża w tej chwili w której wjeżdża ten z Płocka...Dowcipniś...). Po uroczych perypetiach z panią z budki z hamburgerami (zapominającą, co kto zamówił, komentującą klientów itd) i o mały włos nie pojechaniu w przeciwną stronę (Ciekawe, czy perony i zapowiedzi ustala ten sam Dowcipniś - zapowiadany jest pociąg do Szczecina, na zapowiedziany peron wjeżdża pociąg z tabliczkami "Szczecin" - ale jadący w przeciwnym kierunku...). W Szczecinie miałam jeszcze jakieś 3h czasu, spytałam więc pana z IT gdzie by tu pójść, myśląc o jakiejś starówce itd - pan polecił uliczkę z budkami z piwem XD Poszłam więc zobaczyć miejsce, w którym będzie się rzecz odbywać, no i kupić bilet (nie było sprzedaży przez sieć) - no i wpadłam wprost na próbę Svartsot :) Nikt mnie nie wyganiał, miło się słuchało - ale w końcu uznałam, że zespoły i tak zobaczę wieczorem,a tymczasem trzeba coś zjeść i zlokalizować znajomych.
O 19 stawiłam się z powrotem pod drzwiami - zaskoczyła mnie niska frekwencja - spodziewałam się tłumów (MOONSORROW!!!) - a tu garstka ludzi - inna sprawa że o koncercie nigdzie praktycznie nie było informacji (nie licząc krótkiej notki na interii i informacji na stronie klubu, podanej pod koniec sierpnia...) - żadnych plakatów (pod klubem jeden, ale bym nie pomyślała, że to TO moonsorrow...). W końcu jednak sala się zapełniła (no, prawie...) i zaczęło się. Jako pierwsi grali DayziDoxs - po płomiennej zapowiedzi o braciach słowianach itd na scenę wpadł murzyn :D Ciekawostką były teksty po łużycku - no i na tym włąciwie plusy siękończą - ot takie naparzanie - niezbyt pasujące do profilu imprezy. Następnie na scenę weszło Svartsot - trochę obawiałam sie o zespół w swoim czasie (w grudniu odezło 4/6 członków a piąty stwierdził, ze robi sobie długi urlop - myślałam ze to już koniec, a szkoda by było, bo dabiutancka płyta jest bardzo udana, i katowałam ją całe zeszłe wakacje). Gitarzysta dobrał jednak nową ekipę, sądząc po nowych kawałkach, wybór był dobry. Sam koncert - świetny (mimo, że nie było słychać fletu - który w przypadku tego zespołu to... może nie podstawa, ale ta przyprawa która nadaje daniu smak). Wokalista ma świetny kontakt z publicznością, do tego jest tak pocieszny, ze aż ryjek sam się do niego cieszy.

Po Svartosot przyszła kolej na Moonsorrow - na scenęwyszli w standardowym "layoucie" uchlapani keczupem czy innym sokiem pomidorowym, zagrali jak się spodziewałam - ciężko, monumentalnie. Po koncercie konferansjer tłumaczył ich niewyjście na drugi bis tym, że dali już z siebie wszystko - i to chyba prawda - zagrali naprawdę solidnie, jeszcze przez kilka dni po koncercie nuciłam melodię "Sankaritarina" (piękne piękne piękne!). To było głębokie doświadczenie muzyki, z którego długo (i niechętnie ;)) się otrząsam. Dziwny był tylko fakt organizacji takiej imprezy w pomieszczeniu ze ścianą całą w oknach...

Tak czy siek warto było pomieszkać w pociągu, choć tym razem do powrotu znów nie miałam szczęścia i całą noc spędziłam na PKP. Twardym trzeba być. Nie miętkim. W ramach wspomnień - Sankaritarina:



I zdjęcia

1 komentarz:

Marcin pisze...

To jest wlasnie urok takich krucjat koncertowych, a juz na pewno do Szczecina. Ja mialem to szczescie ze sie ustawilem na hostelik wczesniej i moglem spokojnie odespac. Rano jeszcze troche Szczecin pozwiedzalem, ale najwazniejszy byl extra koncert no i Moon Moon :P