Siedzę sobie w fotelu, na kolanach trzymając podłączony komputer, popijając białą herbatę, nigdzie się nie spiesząc, nie mając w najbliższej perspektywie zrywania się z samego rana, ani jeżdżenia gdzieś po nocach tudzież załatwiania miliona spraw - REWELACJA! Tak sobie posiedzieć na 4 literach. Serio. W sumie to tylko dzisiaj - tym bardziej doceniam.
Mam okazję w końcu posłuchać sobie na spokojnie Big Elf - zespołu odkrytego dzięki Mike'owi Portnoyowi na Progressive Nation (ten wyjazd też byl z lekka na wariackich papierach - godzinę po powrocie miałam umówioną ekipę montażową na mieszkaniu, i zajęcia na 7.30 ;)). Big Elf był jedynym zespołem z PN, którego wcześniej nie znałam. Ideą Progressive Nation jest przedstawienie słuchaczom Dream Theater mniej znanych zespołów (choć np w przypadku Opeth nie bardzo widzę w tym logikę, jednak ich obecność bardzo sobie chwalę, bo w sumie to ich cześciej, niz DT słucham ;]). Wracając jednak do Big Elf - przed PN usłyszałam może ze 2 kawałki - i chyba akurat któreś mniej udane, bo nie utkwiły mi w pamięci - do tego zobaczyłam zdjęcia na tle wielkiego krzyża, pomyślałam "e, jakies chrześcijańskie pitolenie" i nie zgłębiałam tematu. Przed występem Big Elf usadowiłam się na schodkach na przeciwko sceny (swoją drogą bez sensu, że mając bilet na płytę można było sobie usiąść gdziekolwiek, a mając droższy bilet, na sektor - nie można było wejść na płytę) - kiedy tylko jako intro popłynął Imperial March zrozumiałam, że czeka nas coś ciekawego. I nie myliłam się - na scenę wprost z lat 70-tych teleportował się szalony kapelusznik wraz z kumplami. Fundamentem muzyki zespołu jest klasyka lat 70-tych, na którym to z niezwykłym wdziękiem tworzy coś oryginalnego. Dla mnie był to koncert wieczoru - wiem, że to brzmi jak bluźnierstwo biorąc pod uwagę to, co zaprezentował DT, ale na miazgę w wykonaniu DT byłam przygotowana psychicznie ;). Szkoda trochę, że nie zdążyłam na Unexpect (irytowałam się tylko słysząc z daleka dźwięki koncertu stjąc w kolejce do wejścia...). Opeth z lekka rozczarował - po koncercie w Stodole oczekiwania miałam wysokie, do tego narobiłam sobie smaka po tym, jak dowiedziałam się, że będzie coś, czego dawno nie grali... Owszem zagrali - April Ethereal - za co mają plusa, ale... Było poprawnie. Ale jakoś bez ikry - i bez ani jednego utworu z mojej ulubionej płyty ;). DT z kolei to klasa sama w sobie - choć zabrakło mi kilku utworów (aczkolwiek duży plus za Mirror). Był to mój pierwszy koncert DT i muszę przyznać, że bardzo pozytywnie zaskoczył mnie LaBrie, bo o brzmienie wokalu na żywo bardzo się obawiałam. Popisom, połamańcom i innym harcom nie było końca, choc momentami miało się wrażenie lekkiego przerostu formy nad treścią - za to urozmaicenia w stylu biegów dookoła perkusji czy solówek na iPodzie były słodkie ;) Mam wrażenie że ci goście wymiatają już 5. wcielenie z rzędu. Albo w ogóle urwali się gdzieś z kosmosu. Mam nadzieję, że Progressive Nation będzie powtarzany w przyszłości.
Po Progressive Nation zaczęłam zacierać łapki na Porcupine Tree (w moim mieście? OMG!) - jednak życie to sztuka wyboru. Powoli się z tym godzę. Ciężko.
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Koncerty. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Koncerty. Pokaż wszystkie posty
sobota, 10 października 2009
sobota, 19 września 2009
Epicki weekend dookoła Polski :D
O koncercie Blind Guardian dowiedziałam się dość dawno... Kolega przyszedł i spytał czy wiem co to, bo mają grać w Płocku za darmo... Szczęka opadła :) W tym czasie (marzec) miałam pewne inne plany na ten weekend, więc wahałam się, bardzo się wahałam, ale byłam raczej na nie (mimo, że z bólem serca...) - no ale jak w kwietniu jakoś dowiedziałam się o Moonsorrow następnego dnia, uznałam, że to już działanie siły wyższej i nie ma co walczyć - trzeba jechać! Połączenie z Wrocławia do Płocka - koszmarne, z Płocka do Szczecina jeszcze gorsze - najpierw stwierdziłam, że pojadę na stopa, ale po perypetiach związanych z drogą z Vizovic stwierdziłam, ze wolę jednak nie ryzykować spóźnienia, w związku z czym w środkach komunikacji i na dworcach spędziłam większość czasu. Ale warto było!
Do obu tych zespołów mam wielki sentyment - obu słuchałam często i namiętnie jakieś 9 lat temu - i słucham do tej pory - może trochę mniej często, ale równie namiętnie (no, chociaż w sumie Moonsorrow nadal często XD).
Akt I - Płock
Dotarłam autobusem - jak się okazało, tylko parę osób nie jechało na koncert, atmosfera była więc bardzo przyjacielska. Płock okazał się być bardzo ładnym miastem - szeroko rozlewająca się Wisła, plaża, żaglówki, mosty (aż patrząc na nie miała ochotę zmienić jednak specjalność...) - Aż trochę szoda że nie mogłam zostać dłużej, ale cóż... Coś za coś.
Szkoda tylko, żę nie udało mi się spotkać ludzi z lastfm z którymi uparcie spamowałam od pół roku (może wszyscy poszli na huntera, bo jak już się rozbiłam i wyszłam szukać to akurat mieli zaczynać grać XD)

Blind Guardian grało w Polsce pierwszy raz - ja widziałam już ich raz w tym roku, na Masters of Rock, ale wiadomo, na tego typu festiwalach publika przyjeżdża na imprezę z nie konkretny koncert, artyści w związku z tym mniej się starają, nie ma czasu na bisy... Tutaj - mnóswto ludzi, którzy przyjechali tylko dla Nich, Jako główna gwiazda - do tego polska publiczność potrafi się postarać :) Przed nimi grali jeszcze Hunter i Acid Drinkers, ale Hunter jakoś specjalnie mnie nie kręci, więc koncertu posłuchałam z daleko sącząc guinessa przywiezionego z zamorskiej wyprawy przez pewnego zacnego młodziana, na Acid podeszłam bliżej, ale to już 3 raz w ciągu ostatniego roku ;]
Blind Guardian rozpoczęło podobnie, jak na MoR - od War of Wrath, następnie jeden moich ulubionych utworów Time Stands Still (aż przed oczami stawał król Noldorów pędzący na spotkanie Nieprzyjaciela...), a potem wyprawa przez dyskogragfię, z postojami na najlepszych utworach. Była Valhalla, Było Mirror Mirror, Another Holly War, Punishment Divine, Born In A Mourning Hall, Traveller in Time, było Bard's song (Brawurowo wykonany prez publiczność!) no i przede wszystkim Bright Eyes, któego tak brakowało mi na MoR (tak, jak najpierw byłam ok 4-5 rzędu pod sceną i potem z lekka wypadłam do tyu i zrezygnowana już przestałam się przeciskać - jak usłyszałam początek tego utworu - dostałam takiej siły że wbiłam się pod barierki, gdzie zostałam już do końca :) Podziękowaniom nie było końca, widać, że sami artyści zadowoleni byli z koncertu. A następnego dnia moim pierwszym zakupem były tabletki na ból gardła :)
Więcej zdjęć
Akt II - Szczecin
W końcu udało mi się znaleźć w miarę logiczne połączenie - z tym, że 3h czekanie w Kutnie (kto układa te rozkłady? Pociąg na Szczecin odjeżdża w tej chwili w której wjeżdża ten z Płocka...Dowcipniś...). Po uroczych perypetiach z panią z budki z hamburgerami (zapominającą, co kto zamówił, komentującą klientów itd) i o mały włos nie pojechaniu w przeciwną stronę (Ciekawe, czy perony i zapowiedzi ustala ten sam Dowcipniś - zapowiadany jest pociąg do Szczecina, na zapowiedziany peron wjeżdża pociąg z tabliczkami "Szczecin" - ale jadący w przeciwnym kierunku...). W Szczecinie miałam jeszcze jakieś 3h czasu, spytałam więc pana z IT gdzie by tu pójść, myśląc o jakiejś starówce itd - pan polecił uliczkę z budkami z piwem XD Poszłam więc zobaczyć miejsce, w którym będzie się rzecz odbywać, no i kupić bilet (nie było sprzedaży przez sieć) - no i wpadłam wprost na próbę Svartsot :) Nikt mnie nie wyganiał, miło się słuchało - ale w końcu uznałam, że zespoły i tak zobaczę wieczorem,a tymczasem trzeba coś zjeść i zlokalizować znajomych.
O 19 stawiłam się z powrotem pod drzwiami - zaskoczyła mnie niska frekwencja - spodziewałam się tłumów (MOONSORROW!!!) - a tu garstka ludzi - inna sprawa że o koncercie nigdzie praktycznie nie było informacji (nie licząc krótkiej notki na interii i informacji na stronie klubu, podanej pod koniec sierpnia...) - żadnych plakatów (pod klubem jeden, ale bym nie pomyślała, że to TO moonsorrow...). W końcu jednak sala się zapełniła (no, prawie...) i zaczęło się. Jako pierwsi grali DayziDoxs - po płomiennej zapowiedzi o braciach słowianach itd na scenę wpadł murzyn :D Ciekawostką były teksty po łużycku - no i na tym włąciwie plusy siękończą - ot takie naparzanie - niezbyt pasujące do profilu imprezy.
Następnie na scenę weszło Svartsot - trochę obawiałam sie o zespół w swoim czasie (w grudniu odezło 4/6 członków a piąty stwierdził, ze robi sobie długi urlop - myślałam ze to już koniec, a szkoda by było, bo dabiutancka płyta jest bardzo udana, i katowałam ją całe zeszłe wakacje). Gitarzysta dobrał jednak nową ekipę, sądząc po nowych kawałkach, wybór był dobry. Sam koncert - świetny (mimo, że nie było słychać fletu - który w przypadku tego zespołu to... może nie podstawa, ale ta przyprawa która nadaje daniu smak). Wokalista ma świetny kontakt z publicznością, do tego jest tak pocieszny, ze aż ryjek sam się do niego cieszy.

Po Svartosot przyszła kolej na Moonsorrow - na scenęwyszli w standardowym "layoucie" uchlapani keczupem czy innym sokiem pomidorowym, zagrali jak się spodziewałam - ciężko, monumentalnie. Po koncercie konferansjer tłumaczył ich niewyjście na drugi bis tym, że dali już z siebie wszystko - i to chyba prawda - zagrali naprawdę solidnie, jeszcze przez kilka dni po koncercie nuciłam melodię "Sankaritarina" (piękne piękne piękne!). To było głębokie doświadczenie muzyki, z którego długo (i niechętnie ;)) się otrząsam. Dziwny był tylko fakt organizacji takiej imprezy w pomieszczeniu ze ścianą całą w oknach...
Tak czy siek warto było pomieszkać w pociągu, choć tym razem do powrotu znów nie miałam szczęścia i całą noc spędziłam na PKP. Twardym trzeba być. Nie miętkim. W ramach wspomnień - Sankaritarina:
I zdjęcia
Do obu tych zespołów mam wielki sentyment - obu słuchałam często i namiętnie jakieś 9 lat temu - i słucham do tej pory - może trochę mniej często, ale równie namiętnie (no, chociaż w sumie Moonsorrow nadal często XD).
Akt I - Płock
Dotarłam autobusem - jak się okazało, tylko parę osób nie jechało na koncert, atmosfera była więc bardzo przyjacielska. Płock okazał się być bardzo ładnym miastem - szeroko rozlewająca się Wisła, plaża, żaglówki, mosty (aż patrząc na nie miała ochotę zmienić jednak specjalność...) - Aż trochę szoda że nie mogłam zostać dłużej, ale cóż... Coś za coś.
Szkoda tylko, żę nie udało mi się spotkać ludzi z lastfm z którymi uparcie spamowałam od pół roku (może wszyscy poszli na huntera, bo jak już się rozbiłam i wyszłam szukać to akurat mieli zaczynać grać XD)
Blind Guardian grało w Polsce pierwszy raz - ja widziałam już ich raz w tym roku, na Masters of Rock, ale wiadomo, na tego typu festiwalach publika przyjeżdża na imprezę z nie konkretny koncert, artyści w związku z tym mniej się starają, nie ma czasu na bisy... Tutaj - mnóswto ludzi, którzy przyjechali tylko dla Nich, Jako główna gwiazda - do tego polska publiczność potrafi się postarać :) Przed nimi grali jeszcze Hunter i Acid Drinkers, ale Hunter jakoś specjalnie mnie nie kręci, więc koncertu posłuchałam z daleko sącząc guinessa przywiezionego z zamorskiej wyprawy przez pewnego zacnego młodziana, na Acid podeszłam bliżej, ale to już 3 raz w ciągu ostatniego roku ;]
Blind Guardian rozpoczęło podobnie, jak na MoR - od War of Wrath, następnie jeden moich ulubionych utworów Time Stands Still (aż przed oczami stawał król Noldorów pędzący na spotkanie Nieprzyjaciela...), a potem wyprawa przez dyskogragfię, z postojami na najlepszych utworach. Była Valhalla, Było Mirror Mirror, Another Holly War, Punishment Divine, Born In A Mourning Hall, Traveller in Time, było Bard's song (Brawurowo wykonany prez publiczność!) no i przede wszystkim Bright Eyes, któego tak brakowało mi na MoR (tak, jak najpierw byłam ok 4-5 rzędu pod sceną i potem z lekka wypadłam do tyu i zrezygnowana już przestałam się przeciskać - jak usłyszałam początek tego utworu - dostałam takiej siły że wbiłam się pod barierki, gdzie zostałam już do końca :) Podziękowaniom nie było końca, widać, że sami artyści zadowoleni byli z koncertu. A następnego dnia moim pierwszym zakupem były tabletki na ból gardła :)Więcej zdjęć
Akt II - Szczecin
W końcu udało mi się znaleźć w miarę logiczne połączenie - z tym, że 3h czekanie w Kutnie (kto układa te rozkłady? Pociąg na Szczecin odjeżdża w tej chwili w której wjeżdża ten z Płocka...Dowcipniś...). Po uroczych perypetiach z panią z budki z hamburgerami (zapominającą, co kto zamówił, komentującą klientów itd) i o mały włos nie pojechaniu w przeciwną stronę (Ciekawe, czy perony i zapowiedzi ustala ten sam Dowcipniś - zapowiadany jest pociąg do Szczecina, na zapowiedziany peron wjeżdża pociąg z tabliczkami "Szczecin" - ale jadący w przeciwnym kierunku...). W Szczecinie miałam jeszcze jakieś 3h czasu, spytałam więc pana z IT gdzie by tu pójść, myśląc o jakiejś starówce itd - pan polecił uliczkę z budkami z piwem XD Poszłam więc zobaczyć miejsce, w którym będzie się rzecz odbywać, no i kupić bilet (nie było sprzedaży przez sieć) - no i wpadłam wprost na próbę Svartsot :) Nikt mnie nie wyganiał, miło się słuchało - ale w końcu uznałam, że zespoły i tak zobaczę wieczorem,a tymczasem trzeba coś zjeść i zlokalizować znajomych.
O 19 stawiłam się z powrotem pod drzwiami - zaskoczyła mnie niska frekwencja - spodziewałam się tłumów (MOONSORROW!!!) - a tu garstka ludzi - inna sprawa że o koncercie nigdzie praktycznie nie było informacji (nie licząc krótkiej notki na interii i informacji na stronie klubu, podanej pod koniec sierpnia...) - żadnych plakatów (pod klubem jeden, ale bym nie pomyślała, że to TO moonsorrow...). W końcu jednak sala się zapełniła (no, prawie...) i zaczęło się. Jako pierwsi grali DayziDoxs - po płomiennej zapowiedzi o braciach słowianach itd na scenę wpadł murzyn :D Ciekawostką były teksty po łużycku - no i na tym włąciwie plusy siękończą - ot takie naparzanie - niezbyt pasujące do profilu imprezy.
Następnie na scenę weszło Svartsot - trochę obawiałam sie o zespół w swoim czasie (w grudniu odezło 4/6 członków a piąty stwierdził, ze robi sobie długi urlop - myślałam ze to już koniec, a szkoda by było, bo dabiutancka płyta jest bardzo udana, i katowałam ją całe zeszłe wakacje). Gitarzysta dobrał jednak nową ekipę, sądząc po nowych kawałkach, wybór był dobry. Sam koncert - świetny (mimo, że nie było słychać fletu - który w przypadku tego zespołu to... może nie podstawa, ale ta przyprawa która nadaje daniu smak). Wokalista ma świetny kontakt z publicznością, do tego jest tak pocieszny, ze aż ryjek sam się do niego cieszy.
Po Svartosot przyszła kolej na Moonsorrow - na scenęwyszli w standardowym "layoucie" uchlapani keczupem czy innym sokiem pomidorowym, zagrali jak się spodziewałam - ciężko, monumentalnie. Po koncercie konferansjer tłumaczył ich niewyjście na drugi bis tym, że dali już z siebie wszystko - i to chyba prawda - zagrali naprawdę solidnie, jeszcze przez kilka dni po koncercie nuciłam melodię "Sankaritarina" (piękne piękne piękne!). To było głębokie doświadczenie muzyki, z którego długo (i niechętnie ;)) się otrząsam. Dziwny był tylko fakt organizacji takiej imprezy w pomieszczeniu ze ścianą całą w oknach...
Tak czy siek warto było pomieszkać w pociągu, choć tym razem do powrotu znów nie miałam szczęścia i całą noc spędziłam na PKP. Twardym trzeba być. Nie miętkim. W ramach wspomnień - Sankaritarina:I zdjęcia
wtorek, 28 lipca 2009
Masters of Rock
W sumie dawno temu to bylo, ale wakacje nie sprzyjaja jakoś blogowaniu (odmóżdżam się nieco expiąc w Last Chaos). Tuż po sesji wakacje zaczęły się z wykopem :) W sumie nie miałam początkowo planów jechać, ale zostałam namówiona - suma sumarum wyszło, że pojechałam jednak sama przez pół świata, żeby dotrzeć do miejscowości oddalonej ode mnie o jakies 160km... Ale warto było :)
Niestety nie wzięłam ze sobą porządnego aparatu, tylko bylegówienko, pod scenę przepchać się ciężko, obiektyw lipny więc nie ma za bardzo się czym chwalić... Ale Hansi bez włosów musi być ;)

Blind Guardian: Ależ mi narobili smaka na wrześniowy koncert w Płocku!
Korpiklaani: Zacnie, tak jak się spodziewałam, aczkolwiek chciałabym ich zobaczyć raczej na jakimś bardziej kameralnym koncercie w klubie
Eluveitie: No cóż... występ mnie nie powalił... Oczywiście, był na poziomie i w ogóle, ale zmieniliby w końcu selistę ;) Widziałam ich trzeci raz, za pierwszym byłam zachwycona, za drugim bardzo zadowolona... Za trzecim - tez mi się podobało, owszem, ale oprócz standardowej setlisty, zabrakło klimatu (jak to na takich festiwalach bywa) - do tego godzina mega idiotyczna - 13.00...
Tiamat: Niby nieźle, ale pozostaje nieodparte wrażenie, że oni czegoś ciągle szukają ale coś znaleźć nie mogą...
Kataklysm: Zacnie.
Keep of Kallessin: Kawał dobrej roboty. Zbyt często ich nie słucham, ale na żywo naprawdę wymiatają. Warto było porzucić konsumpcję browarów i zejść :)
Edguy: Wpadają w ucho. Nie znam ich na tyle, żeby czuć się uprawnioną do oceniania koncertu (ot czasem jakiejś płyty się posłuchało podczas nauki tudzież zamiast oryginalnej ścieżki z jakiejś gry), ale nieźle było.
Rage, Stratovarius: jw
Crucified Barbara: Cholera, zaspalam. Eh, ta śliwowica ;)
Evergrey: Grali po Crucified Barbara - już wstałam, ale słuchałam z pola namiotowego - trochę żałuję, bo jednak co pod sceną to pod sceną...
Nightwish: No cóż... porażka. Strój kobity to nawet nie kicha... to cos strasznego ;) W połowie koncertu poszłam sobie, bo nie było czego słuchać
Voivod: Pozamiatali \m/
Shamaan: Niestety grali po Nightwish - kiedy zdegustowana poszłam do namiotu - miałam tylko chwilę odpocząć... ale kilkanaście godzin drogi, kilka koncertów + kilka piw zrobiły swoje. A przyznam, że ostrzyłam sobie zęby na ten koncert.
Europe: Koncert oglądałam ze wzgórza naprzeciwko sceny - idealny widok na cały teren
festiwalu, publikę, scenę, telebimy (już wiem, gdzie się rozbiję następnym razem ;). Koncert IMO ciut przydługawy, ale "The final countdown" zakończyło ten festiwal w wielkim stylu :)
*Kolejność opisów przypadkowa ;)
Bardziej ogólnie:
+organizacja, zespoły, dojazd pociągiem tuż pod bramki, zaplecze, lokalizacja pól namiotowych i bezpieczeństwo na nich
-brak bisów, czeskie piwo, kurs korony, publika (ci Czesi w ogóle się bawić nie umieją... no ale jak się pija takie piwo... to musi siadać na psychikę ;)), Albert czynny do 19 (w weekend jeszcze krócej!), makabryczny ziąb w nocy i deszcz na Korpiklaani ;)
Niestety nie wzięłam ze sobą porządnego aparatu, tylko bylegówienko, pod scenę przepchać się ciężko, obiektyw lipny więc nie ma za bardzo się czym chwalić... Ale Hansi bez włosów musi być ;)

Blind Guardian: Ależ mi narobili smaka na wrześniowy koncert w Płocku!
Korpiklaani: Zacnie, tak jak się spodziewałam, aczkolwiek chciałabym ich zobaczyć raczej na jakimś bardziej kameralnym koncercie w klubie
Eluveitie: No cóż... występ mnie nie powalił... Oczywiście, był na poziomie i w ogóle, ale zmieniliby w końcu selistę ;) Widziałam ich trzeci raz, za pierwszym byłam zachwycona, za drugim bardzo zadowolona... Za trzecim - tez mi się podobało, owszem, ale oprócz standardowej setlisty, zabrakło klimatu (jak to na takich festiwalach bywa) - do tego godzina mega idiotyczna - 13.00...
Tiamat: Niby nieźle, ale pozostaje nieodparte wrażenie, że oni czegoś ciągle szukają ale coś znaleźć nie mogą...
Kataklysm: Zacnie.
Keep of Kallessin: Kawał dobrej roboty. Zbyt często ich nie słucham, ale na żywo naprawdę wymiatają. Warto było porzucić konsumpcję browarów i zejść :)
Edguy: Wpadają w ucho. Nie znam ich na tyle, żeby czuć się uprawnioną do oceniania koncertu (ot czasem jakiejś płyty się posłuchało podczas nauki tudzież zamiast oryginalnej ścieżki z jakiejś gry), ale nieźle było.
Rage, Stratovarius: jw
Crucified Barbara: Cholera, zaspalam. Eh, ta śliwowica ;)
Evergrey: Grali po Crucified Barbara - już wstałam, ale słuchałam z pola namiotowego - trochę żałuję, bo jednak co pod sceną to pod sceną...
Nightwish: No cóż... porażka. Strój kobity to nawet nie kicha... to cos strasznego ;) W połowie koncertu poszłam sobie, bo nie było czego słuchać
Voivod: Pozamiatali \m/
Shamaan: Niestety grali po Nightwish - kiedy zdegustowana poszłam do namiotu - miałam tylko chwilę odpocząć... ale kilkanaście godzin drogi, kilka koncertów + kilka piw zrobiły swoje. A przyznam, że ostrzyłam sobie zęby na ten koncert.
Europe: Koncert oglądałam ze wzgórza naprzeciwko sceny - idealny widok na cały teren
festiwalu, publikę, scenę, telebimy (już wiem, gdzie się rozbiję następnym razem ;). Koncert IMO ciut przydługawy, ale "The final countdown" zakończyło ten festiwal w wielkim stylu :)
*Kolejność opisów przypadkowa ;)
Bardziej ogólnie:
+organizacja, zespoły, dojazd pociągiem tuż pod bramki, zaplecze, lokalizacja pól namiotowych i bezpieczeństwo na nich
-brak bisów, czeskie piwo, kurs korony, publika (ci Czesi w ogóle się bawić nie umieją... no ale jak się pija takie piwo... to musi siadać na psychikę ;)), Albert czynny do 19 (w weekend jeszcze krócej!), makabryczny ziąb w nocy i deszcz na Korpiklaani ;)
piątek, 10 kwietnia 2009
Jeszcze jedno piwo w WZ (Sabaton 05.04.09)
WZ to dziwny klub jak na metalowe koncerty... Pierwszy raz tam byłam, ale nigdy więcej (o ile nie przyjedzie znów jakiśdobry zespół, wtedy ewentualnie może przeboleję...) Było okropnie gorąco (albo mi się wydawało, albo na wentylatorach skierowanych na zespół skraplała się woda na tyle szybko, że działały jak zraszacze ;), widoczność prawie zerowa, piwo drogie... No ale jak się nie ma, co się lubi, to się lub co się ma...
Supportów w ogóle nie znałam - na początku grał Witchking - średnio mi przypadło do gustu, za to następny - szwedzki Boodbound, jak najbardziej - kawał dobrego grania. Sam Sabaton rozpoczął mocnym uderzeniem z "Ghost Division" - a potem było już tylko goręcej. Mimo nikczemnego wzrostu udało mi się dostać do pierwszego rzędu. Bardzo pozytywnia zaskoczyła mnie obecność "Panzerkamf" oraz "Union" orazto, że dało nam się wywołać zespół na Bis, podczas którego zagrał "Nuclear Attack"- do pełni szczęścia jeszcze Metalizera i Unbreakable mi zabrakło, no ale z tego co widziałam, nie grywają tego raczej zbyt często. Konferansjerka Joakima również była bardzo sympatyczna (skrócony kurs szwedzkiego np ;))
Setlista:
Ghost Division
The Art of War
Into the Fire
Rise of Evil
Union
Talvisota
Cliffs of Gallipolli
Attero Dominatus
Panzer Battalion
In the name of God
Panzerkampf
Price of a mile
Primo Victoria
40:1
Meatl Machine/Crue
+Nuclear Attack
Primo Victoria:
Supportów w ogóle nie znałam - na początku grał Witchking - średnio mi przypadło do gustu, za to następny - szwedzki Boodbound, jak najbardziej - kawał dobrego grania. Sam Sabaton rozpoczął mocnym uderzeniem z "Ghost Division" - a potem było już tylko goręcej. Mimo nikczemnego wzrostu udało mi się dostać do pierwszego rzędu. Bardzo pozytywnia zaskoczyła mnie obecność "Panzerkamf" oraz "Union" orazto, że dało nam się wywołać zespół na Bis, podczas którego zagrał "Nuclear Attack"- do pełni szczęścia jeszcze Metalizera i Unbreakable mi zabrakło, no ale z tego co widziałam, nie grywają tego raczej zbyt często. Konferansjerka Joakima również była bardzo sympatyczna (skrócony kurs szwedzkiego np ;))
Setlista:
Ghost Division
The Art of War
Into the Fire
Rise of Evil
Union
Talvisota
Cliffs of Gallipolli
Attero Dominatus
Panzer Battalion
In the name of God
Panzerkampf
Price of a mile
Primo Victoria
40:1
Meatl Machine/Crue
+Nuclear Attack
Primo Victoria:
niedziela, 22 marca 2009
Anuc & the pick of Åkerfeldt (Stodoła 21 Marca - Opeth)
To było COŚ. Totalny odjazd, rewelacja, orgazm przez uszy. O mały włos bym była zaspała na pociąg, ale mając więcej szczęścia, niż rozumu, wyruszyłam "wesołym pociągiem" z Wro w kierunku Wawy, gdzie poznałam bardzo wielu zacnych młodych ludzi również podążających w tymże kierunku. Postury jestem dość lichej, jednak odpowiednia ilość wypitego piwa dodała mi gibkości na tyle, że udało mi się zająć miejsce przy barierkach - gdzie przestałam cały koncert, zamiatając szczęką podłogę. Gdy popłynęły pierwsze dźwięki Heir Apparent - i od razu wiadomo było, że mamy do czynienia z profesjonalistami, mistrzami, półbogami. Potem popłynęły (niekoniecznie w tej kolejności) Ghost of Perodition (jeden z moich ulubionych!) Godhead's Lament, The Night and the silent water (odlot!), Hessian Peel (miód na uszy!) Credence i na koniec - Deliverance - Co dopełniło dzieła rozkładania mnie na łopatki. Oprócz świetnego wykonania, za serce chwytająca była konferansjerka w wykonaniu Michaela, i kolejne solówki (wprawidze "fucking boring" ale i tak zaje...fajne :D) . Publika również dopisała - ponoć byliśmy jedną z najlepszych publiczności jakie mieli. Ucieszone miny chłopaków po odśpiewaniu pierwszej zwrotki "The Drapery Falls" były bezcenne (nie mówiąc o przeuroczym "sto lat"/"Happy birthday" - co z tego, że za rok ;)). Zabrakło mi któregoś z moich 2 ulubionych kawałków: "The Drapery Falls" lub "Bleak", no ale nie możne mieć wszystkiego, i tak był to jeden z najlepszych koncertów, na jakich byłam. Szkoda, że nie dorwałam żadnego plakatu, ale ostała mi się kostka Michaela, co bardzo sobie cenię :D
Solo Fredrika na gitarze i Michaela na wokalu + Deliverance:
Solo Fredrika na gitarze i Michaela na wokalu + Deliverance:
sobota, 14 marca 2009
Punky Reggae Wrocław 06.03
Zjawiłam się prawie punktualnie - jakież było moje zdziwienie, gdy okazało się, że The Bill już gra. Nie czekając aż skończą, szybko z kumplem skoczyliśmy do szatni i poszliśmy pod scenę - dali dobry koncert, choć IMO za krótki. Później miała być przerwa, prowadzący bardzo zachęcał z resztą do pójścia na piwo co tez uczyniłam. Jakież było moje zdziwienie, gdy okazało się, że można kupić Murphysa w plastikowym kubku...
Po uzupełnieniu płynów okazało się, że zaczyna grać Tabu - prawdę mówiąc średnio mi się podobało, jakoś strasznie dużo ich było na tej scenie, co w ogóle się nie przekładało na fajność muzyki (jak by nie mogli być oni pierwsi... bym nie żałowała tak tej chwili spóźnienia - choć nie wiedziałam wtedy jeszcze o najgorszym...) - potem zaczęło grać Farben Lehre - a mnie zaczęła nękać natrętna myśl (gdzie do k... nędzy Leniwiec? Przecież Widziałam, jak gdzieś się kręcili...) - ale po paru kawałkach chwilowo mnie opuściła - jako, że to był najlepszy koncert tego wieczoru - duży plus dla tych gości :) Potem grał Hurt - IMO z lekka omkle - owszem było parę fajnych starszych kawałków, ale te bolki i lolki itd jakoś nigdy mnie nie powalały. Jako ostatni grali Acidzi - widziałam ich już we Wrocławiu 3 miesiące tmu, do tego średnio pasowali do profilu imprezy, ale zawsze to miłe dla ucha a i klasa sama w sobie. No i uroczy był tekst Titusa: "Są jacyś ludzie z 1989?" (publika: jeeee) "I co, bzykacie już?" :)
Podsumowując - wieczór należał do Farben Lehre, The Bill też dał radę, choć publika nie dopisała a i występ stanowczo za krótki. Bardzo żałuję Leniwca - widziałam ich na żywo ostatnio 6 lat temu a zacna to grupa. Totalnie pomylona kolejność jak dla mnie. Dziwna jak dla mnie też była średnia wieku... czułam się jak emerytka, no ale cóż, starość nie radość. Pewnie za stara jestem też na takie oświetlenie, jak tam bylo (techniawkowy stroboskop bleee)
Nie znalazłam nic dobrej jakości na youtube, aczkolwiek jeden filmik jest nawet ciekawy, szczególnie, dobrze oddający początek koncertu kwasożłopów :D
Po uzupełnieniu płynów okazało się, że zaczyna grać Tabu - prawdę mówiąc średnio mi się podobało, jakoś strasznie dużo ich było na tej scenie, co w ogóle się nie przekładało na fajność muzyki (jak by nie mogli być oni pierwsi... bym nie żałowała tak tej chwili spóźnienia - choć nie wiedziałam wtedy jeszcze o najgorszym...) - potem zaczęło grać Farben Lehre - a mnie zaczęła nękać natrętna myśl (gdzie do k... nędzy Leniwiec? Przecież Widziałam, jak gdzieś się kręcili...) - ale po paru kawałkach chwilowo mnie opuściła - jako, że to był najlepszy koncert tego wieczoru - duży plus dla tych gości :) Potem grał Hurt - IMO z lekka omkle - owszem było parę fajnych starszych kawałków, ale te bolki i lolki itd jakoś nigdy mnie nie powalały. Jako ostatni grali Acidzi - widziałam ich już we Wrocławiu 3 miesiące tmu, do tego średnio pasowali do profilu imprezy, ale zawsze to miłe dla ucha a i klasa sama w sobie. No i uroczy był tekst Titusa: "Są jacyś ludzie z 1989?" (publika: jeeee) "I co, bzykacie już?" :)
Podsumowując - wieczór należał do Farben Lehre, The Bill też dał radę, choć publika nie dopisała a i występ stanowczo za krótki. Bardzo żałuję Leniwca - widziałam ich na żywo ostatnio 6 lat temu a zacna to grupa. Totalnie pomylona kolejność jak dla mnie. Dziwna jak dla mnie też była średnia wieku... czułam się jak emerytka, no ale cóż, starość nie radość. Pewnie za stara jestem też na takie oświetlenie, jak tam bylo (techniawkowy stroboskop bleee)
Nie znalazłam nic dobrej jakości na youtube, aczkolwiek jeden filmik jest nawet ciekawy, szczególnie, dobrze oddający początek koncertu kwasożłopów :D
sobota, 21 lutego 2009
Chaos over Kraków
Pojechałam praktycznie dla Eluveitie. Dali radę - choć grali o wiele za krótko i zabrakło moich ulubionych kawałków. No ale jak się nie ma, co się lubi... I tak było warto. Tegernako na końcu było czymś, czego się najmniej spodziewałam. Na youtube znalazłam tylko jeden kawałek, niestety kiepskiej jakości, prawie nic nie słychać (Of fire, wind and wisdom):
Kreator dopełnił dzieła zniszczenia. Na żywo brzmią o 1000% razy lepiej, niż na albumach.
Kreator dopełnił dzieła zniszczenia. Na żywo brzmią o 1000% razy lepiej, niż na albumach.
Subskrybuj:
Posty (Atom)
